Wiadomości

stat

Gdański biegacz przeżył drogę do piekła

230 kilometrów w Maratonie Piasków na Saharze

Marek Wikiera (z lewej) ma za sobą jeden z najbardziej ekstremalnych maratonów na świecie. Przebiegnięcie ok. 230 kilometrów po Saharze nie odciągnęło go od tego sportu.
Marek Wikiera (z lewej) ma za sobą jeden z najbardziej ekstremalnych maratonów na świecie. Przebiegnięcie ok. 230 kilometrów po Saharze nie odciągnęło go od tego sportu. fot. Marek Wikiera

Od 1986 roku na Saharze odbywa się bieg tylko dla najlepszych - Maraton Piasków. W tym roku wziął w nim udział Marek Wikiera. Mieszkaniec Gdańska ukończył rywalizację w środku stawki, na 526. miejscu. Samo pojawienie się na mecie było jednak ogromnym sukcesem. Bo jak inaczej nazwać pokonanie 230 kilometrów pustyni?!



Jak oceniasz wyczyn Marka Wikiery?

Ogromny szacunek za to, że podjął się startu i ukończył bieg

85%

Ciężko się do tego odnieść

6%

Taki bieg to czyste wariactwo

9%
  • zakończona

  • łącznie głosów: 238
Biegać zaczął razem z kolegą, aby stracić nieco na wadze. Po pewnym czasie znajomy zrezygnował, a u Marka Wikiery sport ten przerodził się w pasję. Kiedy zwykłe bieganie przestało mu sprawiać frajdę, i na to znalazł sposób. Zapisywał się do nietypowych biegów, które zazwyczaj omijają drogi asfaltowe i wymagają startu z ekwipunkiem.

- Dzięki temu miałem doświadczenie związane z plecakiem. Przy obciążeniu ok. 10,5 kg po paru kilometrach zaczyna "odcinać" ramiona. W przygotowaniach do Maratonu Piasków było to bezcenne - opowiada Wikiera.

Maraton po marokańskiej Saharze uważany jest za jeden z najbardziej ekstremalnych na świecie. Sześć dni, pięć etapów, w ciągu których śmiałkowie pokonują ok. 230 km. Nie ma tam trasy wyznaczonej przez drogę czy taśmę. Dlatego też każdy może przebiec inny dystans.

Grupa biegaczy podczas Maratonu Piasków
Grupa biegaczy podczas Maratonu Piasków fot. Marek Wikiera
- Trasę wyznaczają żółte tablice informacyjne, które rozmieszczone są co kilkaset metrów. Jest to jednak tylko znak orientacyjny, którego nie trzeba się sztywno trzymać. W nocy doczepione są do tych tabliczek markery i jak się wpatrzysz, to je widzisz. Wtedy biega się na światło lasera. A nocą na pustyni jest totalnie ciemno. Jak się wyłączy czołówkę, to nic nie widać. O godzinie 18 wygląda to tak, jakby ktoś zgasił światło. Raz biegłem od godziny 18 do 0:15 z czołówką. Wtedy już nie szukałem twardego terenu. Ułatwieniem jest to, że wszyscy zawodnicy mają na plecakach obowiązkowe świecące markery i czasami to oni wyznaczają ci drogę - opisuje Wikiera.

Na co dzień jest prezesem zarządu agencji ochrony Laam w grupie kapitałowej Konsalnet. Do Maratonu Piasków przygotowywał się we własnym zakresie. Wiadomości o imprezie czerpał od byłych uczestników. To dzięki ich radom wiedział m.in., że musi pobiec w butach o trzy numery większych niż normalnie. Przydały się one po najdłuższym, liczącym 76 kilometrów etapie.

- Noga była tak spuchnięta, że nie wchodziła nawet do tego za dużego buta. Wyjąłem wkładkę i okazało się, że idealnie pasuje. Po tej części maratonu na szczęście nastąpił dzień przerwy, a stopa wróciła do normalnych rozmiarów. Gdybym musiał jeszcze po nim biec, to nie wiem, jakby to wyglądało - dodaje Wikiera.

Także wspomniany wcześniej ekwipunek, który trzeba nieść w plecaku przez cały dystans, jest jedną z najbardziej doskwierających rzeczy podczas Maratonu Piasków.

- W pierwszym dniu ważył on 13 kg, a jak dołożyłem wodę, to dało w sumie 15 kg. Gdy zliczyłem cały sprzęt, to razem z ubraniem miałem na sobie 18 kg. Organizator, z tego co dźwigałem na plecach, zapewnia flarę, tabletki solne i mały zestaw opatrunkowy. Wyposażenie obowiązkowe plecaka to: pompka do odsysania jadu skorpiona, lusterko, gwizdek, nóż z metalowym ostrzem, kompas i środek dezynfekujący. Do tego jedzenie i ubranie. Tego drugiego nie było za wiele - to co się miało na sobie, plus dodatkowa koszulka, dwie pary skarpetek, spodenki i getry na zimne noce oraz biało-czerwona flaga - wylicza Wikiera.

Marek Wikiera podczas Maratonu Piasków
Marek Wikiera podczas Maratonu Piasków fot. Marek Wikiera
- Najwięcej z tego wszystkiego ważyło jedzenie - 6,3 kg. Cały pierwszy etap zastanawiałem się, co jeszcze mogę wyrzucić z plecaka. Już po 10 kilometrach poczułem mocno ramiona i śmieję się, że ten ból pozostał do ostatnich metrów. Oczywiście plecak z dnia na dzień był lżejszy, ale ból wciąż doskwierał - dodaje.

Do jedzenia gdański biegacz zabrał rzeczy wysokokaloryczne. Opakowania kaszki - po jednym na dzień, z którego połowę jadł na śniadanie, a drugą na obiadokolację oraz jedzenie liofilizowane, suszone mięso, jakieś łakocie oraz do picia izotonik. Wszystko było przeliczone na gramy i kaloryczność, ponieważ organizator wymaga spożycia minimum 2 tysięcy kalorii dziennie.

- Dla mnie jest to nie do osiągnięcia. Nie wiem jak ci najlepsi biegają i żyją na tych 2 tysiącach. Ja spożywałem pomiędzy 2,7 a 3,2 tysiąca kalorii, w zależności od dystansu. Trzeba jeszcze pamiętać, że po biegu nie chce się jeść, dlatego to wszystko musi smakować. Czasami wpychałem w siebie na siłę pamiętając, że następnego dnia może zabraknąć paliwa. Co prawda w środku biegu jadłem co 1,5 godziny batony, ale najważniejsza była podstawa - opowiada Wikiera, który nawet po powrocie do Polski poprosił żonę, aby kupiła mu... kaszki.

Jedni ich podziwiają, inni uważają za samobójców. Biegacz z Gdańska twierdzi, że Maraton Piasków nie ma nic wspólnego z tym drugim, gdyż na Saharę przyjeżdżają tylko odpowiednio przygotowane osoby. Wyznacznikiem tego jest fakt, że na 1160 startujących 970 ukończyło bieg.

Namiot pod którym spali uczestnicy biegu
Namiot pod którym spali uczestnicy biegu fot. Marek Wikiera
Według Wikiery uczestnik, poza trasą, po której czasami nawet trzeba spacerować oraz plecakiem, musi zmagać się jeszcze z trzema podstawowymi rzeczami. Pierwsza to ograniczona możliwość wypoczynku. Po biegu idzie się do namiotu berberyjskiego, gdzie znajdują się jedynie dywaniki położone na kamieniach. Człowiek układa się pomiędzy nimi, a po dwóch dniach walczy z bólem kości biodrowych.

Kolejny niesprzyjający czynnik to temperatura. Organizator mówił, że waha się ona w granicach 14-40 stopni Celsjusza. W rzeczywistości było to od 5 do 50 stopni.

- Boli również psychika. Tak naprawdę część dystansu biegnie się głową. Poza pierwszą setką, którą nazywam cyborgami, wszystkim innym na pewno to doskwiera - dodaje.

Po ukończonym etapie (oprócz najdłuższego) uczestnicy kładli się spać ok. godziny 21. Dziewięć godzin później trwały już przygotowania do kolejnego dnia zmagań. Pobudka, dochodzenie do siebie, mycie zębów, jedzenie, pobranie wody, sprawdzenie ułożenia w plecaku. O godzinie 7:45 zaczynała się odprawa. Lubiący mówić pomysłodawca imprezy, Francuz Patrick Bauer, miał na to 45 minut. W międzyczasie omawiano trasę, zagrożenia, punkty orientacyjne. Ludzie, którzy mieli urodziny, wymieniani z imienia i nazwiska dostawali życzenia, a o godzinie 8:30 biegacze ruszali w drogę. Odbywało się to w rytm i przy słowach piosenki zespołu AC/DC "Highway to hell".

Na Maraton Piasków Wikiera leciał z Paryża. Tamtejsze biuro organizuje wyjazd za 2,8 tysiąca euro. Łącznie aby wystartować w imprezie, razem z przygotowaniami potrzeba ok. 20 tysięcy złotych.

- Ale wrażenia z mety były nieprawdopodobne. W samej końcówce myślę sobie: czas na wolny bieg, przede mną tylko dwie czy trzy osoby, więc nie ma co się spinać. W ostatnim momencie, gdzieś 300 metrów przed metą, kolega Andrzej, który także brał udział w maratonie krzyczy - dawaj. A był jeden człowiek do wyprzedzenia. Coś się we mnie obudziło i go prześcignąłem - mówi Wikiera.

W maratonie nie poradziłby sobie tak dobrze, gdyby nie pewien gdański szewc.

Stuptuty pustynne
Stuptuty pustynne fot. Marek Wikiera
- Na butach do biegania trzeba mieć tzw. stuptuty pustynne wykonane z lycry, przyczepione na rzepy. Chciałbym serdecznie podziękować jednemu szewcowi z Gdańska. Tylko on był w stanie przyszyć mi rzepy do butów. Wydawało mi się to tak banalnie proste, że całą operację zostawiłem na sam koniec. Dwa dni przed wylotem dwóch kolejnych szewców powiedziało mi, żebym o tym zapomniał. Wtedy dostałem numer telefonu do pana, który zajmuje się najtrudniejszymi przypadkami związanymi z butami, a ten również powiedział "nie". 15 minut przekonywałem go i dopiero jak wytłumaczyłem, że jadę na pustynię i potrzebuję takiej ochrony stwierdził, że rozumie, bo też tam był, ale jeździł samochodem. Zużył całą paczkę igieł i powiedział, żebym go nie polecał nikomu, bo nie był do końca zadowolony ze swojej roboty. Ale podczas biegu wszystko dobrze trzymało, w środku nic nie obcierało, bo rzep pracował jak but - opisuje Wikiera.

Marokański maraton to nie tylko bieg po równym, piaszczystym terenie, ale również pokonywanie różnych wzniesień czy terenów wyłożonych kamieniami. Jeżeli dodamy do tego temperaturę i przydział wody od 9 do 13 litrów na etap (musi wystarczyć również do przygotowania posiłków), wówczas możemy mieć spory problem z naszym organizmem. Dlatego też ubezpieczenie, którym objęci są wszyscy startujący, zawiera m.in. transport zwłok do kraju.

- Żona dowiedziała się o moich planach miesiąc przed startem. Oczywiście przeczytała regulamin i warunki ubezpieczenia. Na szczęście przekonałem ją, że przypadki śmiertelne zdarzają się bardzo rzadko - mówi biegacz z Gdańska.

W czasie maratonu ucieka się tak przed rywalami, jak i przed... medykami. Jest ich ok. 50. Patrząc w oczy sprawdzają na każdym kroku, czy język się nie plącze i czy człowiek jest świadomy. A uczestnicy uciekają, bo pomoc medyka to karne minuty. Dodatkowa butelka wody - pół godziny w tył, kroplówka, kolejne karne minuty, a następnie dyskwalifikacja.

Natomiast po zakończeniu etapu jest punkt medyczny, gdzie większość biegaczy indywidualnie przecina sobie bąble, odkaża rany. Jeśli jednak są większe urazy, to idą do medyków i oni hurtowo pomagają. Za to nie ma karnych minut, jest natomiast dodatkowa woda do umycia stóp.

Medal Maratonu Piasków
Medal Maratonu Piasków fot. Marek Wikiera
Wikiera biegł nie tylko dla siebie, ale także dla fundacji Dr Clown. Miał przy sobie ok. 30 czerwonych nosków, które są jej znakiem rozpoznawczym. Rozdawał je biegaczom, tłumacząc ideę fundacji.

- Moje pierwsze myśli po zakończeniu ostatniego etapu? Andrzej mówił, że nie chce słyszeć o bieganiu, ponieważ miał mocno poranione palce. Ja natomiast rozmawiałem z pewnym Rosjaninem o kolejnym fajnym biegu w Mongolii - kończy Wikiera.

Dotarcie do mety zajęło mu w sumie 41 godzin, 58 minut i 23 sekundy biegu. Dostał za to pamiątkowy medal, który jest najcenniejszym w jego kolekcji trofeów. 28. Maraton Piasków wygrał Marokańczyk Mohamad Ahansal, który pokonał dystans w 18 godzin, 59 minut, 35 sekund. Za zwycięstwo otrzymał 5 tysięcy euro.

Dodaj zdjęcie do artykułu

Opinie (48)

Dodaj opinię

Dodaj opinię

Odpowiedz

Klikając "wyślij", akceptujesz regulamin dodawania opinii.
13.10.2017 wprowadzono zmiany w regulaminie.
zamknij

Portal trojmiasto.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść opinii. Opinie niezwiązane z tematem artykułu, wulgarne, obraźliwe, naruszające prawo będą usuwane.

- jeżeli uważasz, że dana opinia nie powinna się tu znaleźć, zgłoś ją do moderacji.

Relacje LIVE

zobacz wszystkie relacje »

Najczęściej czytane