Wiadomości

stat

Sukces festiwalu SakFa. Rozmowy z prelegentami

Festiwal SakFa zgromadził w Gdyni rowerowych pasjonatów z całej Polski.
Festiwal SakFa zgromadził w Gdyni rowerowych pasjonatów z całej Polski. Artur Wysocki

Festiwal Rowerowy SakFa, odbywający się w dniach 29-30 czerwca w Gdyni, gościł 16 prelegentów związanych z rowerami i ponad 150 odwiedzających, nie tylko z Trójmiasta. Nie zabrakło zagranicznych gości, dla których festiwal był jednym z przystanków w podróży rowerowej. Jeden z odwiedzających przejechał 336 km z Poznania, by uczestniczyć w wydarzeniu.



- Impreza miała charakter kameralny, typowy dla podróżników - relacjonuje Artur Wysocki, organizator. - Zewsząd dochodziły głosy, że brakowało w Polsce tego typu imprezy, gdzie nie potykamy się o sprzęt rowerowy, ale spotykamy ludzi, z którymi można wymienić doświadczenia i kontakty.
Wśród prelegentów znaleźli się także ludzie z Pomorza - jeden z nich to konstruktor rowerów, Marcin Marynowski. Poniżej krótka rozmowa przeprowadzona przez organizatora imprezy.

Skąd wzięły się rowery w twoim życiu?

Marcin Marynowski: Przygoda ta trwa większość życia. Zaczęła się od obrazka taty z papierosem w zębach, uczącego mnie jeździć na "Reksiu". Sprawy nabrały tempa mniej więcej 10 lat temu, kiedy złożyłem sobie ostre koło, które miało być narzędziem rekonwalescencyjno-treningowym. Od tej pory apetyt rośnie w miarę jedzenia...

Skąd pomysły na twoje projekty?

Chciałbym, aby wszystkie były moje, ale muszę przyznać, że wzoruję się na wielu osobach. Jednym z moich idoli jest sir Alex Moulton ze względu na swoje nieszablonowe podejście do oklepanego przecież tematu, jakim jest rower. Niektóre pomysły przywiozłem z podróży - tak jak rower towarowy, który przyjechał w mojej głowie z Holandii. Niektóre są hołdem dla koncepcji pogrzebanych niesłusznie przez historię; mowa tutaj o moim ostatnim projekcie - Velocino.

Czy to hobby czy już praca?

Marzę o tym, by rowery znowu zajęły pierwsze miejsce w moim życiu zawodowym. Jeżeli chodzi o hobby - myślę, że to za małe słowo. Bardziej pasowałaby obsesja. A tak całkiem serio, jest to dla mnie forma realizowania siebie, terapia zajęciowa w walce z codziennym marazmem i rozwijanie swoich umiejętności.

Jaki był twój najtrudniejszy projekt?

W tej chwili powstaje prototyp cruisera zaprojektowanego całkowicie w 3D. To był spory wysiłek i jednocześnie pierwszy projekt przeprowadzony tak metodycznie, bez działania na skróty. Dużo rzeczy do tej pory oszacowywałem i robiłem intuicyjnie.

Jak godzisz pasję z życiem codziennym?

Ciągła walka! Na szczęście przy pełnym wsparciu mojej narzeczonej. Nie oszukujmy się, czasami muszę trochę odpocząć w swojej właściwej pracy po wieczornej sesji urabiania stali na rower. Mimo wszystko jest jeszcze czas, aby się przejechać w weekend. Nic tak nie motywuje, jak jazda swoim wynalazkiem z punktu A do punktu B.

Jakie projekty zrealizowałeś do tej pory?

Rower poziomy, rower cargo, tallbike, Velocino, cruiser o wdzięcznej nazwie Burrito, szosówka o asymetrycznej ramie i kilkanaście złożonych projektów, przeważnie na bazie starszych rowerów.

A jaki kolejny projekt rodzi się w twojej głowie?

Chcę zbudować dwa rowery poziome LWB (long wheelbase), przeznaczone do turystyki, a potem pokonać na nich jakiś większy dystans we dwójkę. Po wysłuchaniu prelekcji na SakFie jesteśmy nakręceni na dalszą podróż na dwóch kołach.

Skąd pozyskujesz części, materiały do budowy rowerów?

Jeżeli chodzi o projekty niekomercyjne, staram się wykorzystywać maksymalną liczbę używanych części, które odkupuję ze złomu, a często także dostaję od dobrych ludzi. To zadziwiające, jak łatwo dać niektórym rowerom drugie życie. Często stosuję tez materiały i komponenty nie do końca uznawane za rowerowe. Przykładem jest drążek kierowniczy od quada w Velocino.


Na festiwalu pojawili się także Katarzyna SkurzakRuben Garcia - para podróżników. Opowiedzieli o swojej fascynującej wyprawie rowerowej po Ameryce Południowej, w trakcie której przejechali przez wybrzeże Brazylii, Paragwaj, Argentynę, Chile, Boliwię, Peru, Ekwador i Kolumbię, pokonując ponad 16 000 kilometrów. Już po pierwszych dniach podróży byli pewni, że pomimo braku doświadczenia, wybór roweru jako sposobu podróżowania był strzałem w dziesiątkę! Rower nie tylko dawał ogromną niezależność i radość przemieszczania się wśród niesamowitych krajobrazów, lecz także okazał się kluczem do serc mieszkańców mijanych po drodze miejscowości - wsi położonych wysoko w boliwijskich Andach czy ogromnych aglomeracji jak Rio de Janeiro. Podróżnicy cieszyli się serdecznym przyjęciem i niesamowitą sympatią ludzi, którzy stanowili najważniejszy element wyprawy. Podróż rowerem to też noclegi w niesamowitych miejscach, spotkania z dzikimi zwierzętami i doświadczanie ekstremalnych warunków pogodowych - jednym słowem: przygoda. Kasia z Rubenem podzielili się swoim doświadczeniem, jak przygotować się do życia w drodze, jak radzić sobie z noclegami, co warto zobaczyć i na co warto uważać.


Jak to się stało, że wyruszyliście w tak długą podróż?

Kasia SkurzakRuben Garcia: Marzyliśmy o podróży bez daty. Takiej, którą będziemy mogli skończyć wtedy, kiedy poczujemy, że już nie potrzebujemy dłużej być w drodze. Zależało nam na doświadczeniu wolności pod każdą możliwą formą. Decydował też aspekt ekonomiczny. Gdybyśmy chcieli odwiedzić każdy z tych krajów z osobna, byłby to ogromny koszt. Loty do Ameryki Południowej rzadko daje się kupić w niskiej cenie.

Co było największym wyzwaniem?

Wyzwaniem było życie "na minimalu". Trzeba było sobie odmówić dobrego jedzenia. Często przez wiele dni jedliśmy ryż, cebulę, pomidory. Były też trudne odcinki trasy, pchanie roweru przez piach, czasami przez cały dzień. Pomimo ogromnego zmęczenia nie mogliśmy płacić za hotele, zwłaszcza w drogich krajach, i po całym dniu jazdy trzeba było znaleźć miejsce na nocleg. Było to trudne zwłaszcza w dużych miastach, których było na naszej trasie sporo. No i jeszcze znoszenie kierowców, którzy zbyt blisko przejeżdżali i nie byli świadomi, że bardzo nam zagrażają, nie szanując dystansu przy wyprzedzaniu.

Z czym było najtrudniej się pogodzić?

Najtrudniej było się pogodzić z obserwowanymi po drodze niesprawiedliwościami społecznymi. W Boliwii ludzie pracowali siedem dni w tygodniu. W wielu państwach kobiety rzadko kiedy miały do dyspozycji samochód czy rower i mogły się swobodnie przemieszczać. Dobra edukacja dostępna tylko dla zamożnych w prywatnych szkołach. Wiele nielegalnych kopalni złota, dewastujących lasy amazońskie i zatruwających rtęcią rzeki i tym samym ryby. Dla nas jedyny problem to był brak budżetu na parki narodowe. Czasami bardzo atrakcyjne, a musieliśmy obejść się smakiem.

Jaki etap podróży postrzegacie jako najtrudniejszy?

Trudno powiedzieć, bo zawsze zależało to od psychiki i podejścia. Dla mnie najtrudniejsze były wielokilometrowe przedmieścia, tereny przemysłowe dużych miast. Podobnie drogi o bardzo dużym tranzycie ciężarowym bez pobocza - to głównie Argentyna. Rok w Andach też fizycznie nie był łatwy, ale był zdecydowanie najcenniejszy pod względem podróżniczym. Dla psychiki jazda w Andach to największa przyjemność.

Spotkało was jakieś rozczarowanie?
W podróży bierze się to, co jest, czyli po prostu doświadcza tego, co przyniesie droga. Cieszy się wolnością. Nie ma miejsca na rozczarowanie. Trudne momenty są tak samo cenne, jak te piękne.

1,5 roku w podróży to długo. Pamiętacie jakiś najszczęśliwszy moment?

Najszczęśliwsze momenty to te związane z mitycznym szczęściem podróżnika: przypadkowe, nagłe zmiany sytuacji z niezbyt korzystnych na wyjątkowe. Skończyła nam się woda na długiej trasie w Brazylii, a ktoś zatrzymał samochód i wręczył nam świeże owoce. W trakcie zwiedzania wodospadów Iguazu zaczęło lać; wszyscy turyści uciekli, a my mieliśmy okazję zobaczyć dzikiego tukana. Albo złamane szprychy w środku upalnego amazońskiego pustkowia i podwózka do docelowej miejscowości, dzięki której zostaliśmy zaproszeni na pływanie łódką po rzekach w dżungli w ciekawym towarzystwie. Takie sytuacje zdarzały się prawie codziennie. Te momenty były najszczęśliwsze. Zapadł mi też bardzo w pamięć moment jazdy Carretera de la muerte w Boliwii. Zjeżdżaliśmy z wysokości 4500 m na ok. 1500 m. W ciągu kilku godzin z ośnieżonych szczytów górskich znaleźliśmy się w tropikalnym ciepełku. Jechaliśmy w towarzystwie innych podróżników w przepięknej scenerii górzystego lasu deszczowego.

Co w was pozostanie z tej podróży na zawsze?

Poczucie, że świat nie jest taki, jaki przedstawiają nam media: niebezpieczny i bezwzględny. Świat składa się głównie ze zwykłych ludzi, którzy chcą spokojnie i godnie żyć. Czuję, że droga, którą podążaliśmy w tempie rowerowym pozwoliła nam zbliżyć się do ludzi. Często osoby, które miały najmniej, najbardziej chciały się dzielić. Po takiej lekcji na pewno zmieniło się moje podejście do materialnych spraw. Nie ma znaczenia, ile mamy, tylko to, jak się dzielimy tym, co mamy, z innymi. Nie jest ważne to, co mamy, tylko to, czego udało nam się doświadczyć. Nauczyłam się też patrzeć na swoje życie w szerszym kontekście. Moje problemy często okazują się nie tak ważne, jak mi się kiedyś wydawało. Jestem wdzięczna za to, co mam i co udało mi się przeżyć i zobaczyć w trakcie wyprawy. Dowiedziałam się też, że każdy z nas ma ogromny potencjał, którego chyba nie jest się na co dzień świadomym. Można to odkryć opuszczając strefę komfortu i ryzykując w życiu. Mogłabym powiedzieć "No risk, no life". Wszystko, co najfajniejsze w życiu jest dostępne, gdy się w jakiś sposób zaryzykuje. Może brzmi to zbyt górnolotnie, ale takie miałam wnioski.

Jak zmienia podróż?

Podróż daje poczucie sprawczości we własnym życiu. Ma się czas, aby poznać siebie, dowiedzieć się, kim się jest i co się chce robić w życiu. Mam wrażenie, że nasze życie jest w jakiś sposób zorganizowane: szkoła, studia, praca, małżeństwo, kredyt itd. Podróż daje taki czas, w którym można swoje życie przewartościować; zrozumieć co jest tak naprawdę ważne. Czas to jedna z najbardziej cennych spraw w naszym życiu. Nigdy nie wiadomo, ile jeszcze go zostało, więc trzeba z niego korzystać, jak się da. Człowiek nie jest maszynką do pracowania przez pięć dni w tygodniu tylko po to, by w sobotę iść do supermarketu. Jest w nas dużo więcej i warto to odkrywać i żyć z pasją.

Rowerowi podróżnicy opowiedzieli zgromadzonym o swoich wrażeniach z wyprawy.
Rowerowi podróżnicy opowiedzieli zgromadzonym o swoich wrażeniach z wyprawy. Katarzyna Skurzak, Ruben Garcia

Festiwal SakFa stworzył możliwość spotkania się fascynatów dwóch kółek w atrakcyjnym miejscu i w luźnej, niezobowiązującej atmosferze. Uczestnicy mogli się wspólnie zainspirować i wymienić doświadczeniami, spędzić razem czas i zawiązać nowe znajomości. Wydarzenie unikalne na skalę całej Polski najprawdopodobniej zostanie zorganizowane ponownie w przyszłym roku, tym razem z jeszcze większym rozmachem.

Wydarzenie finansowane przez miasto Gdynia. Organizatorem jest tuBAZA / FABLab Trójmiasto.

Opinie (8)

Dodaj opinię

Dodaj opinię

Odpowiedz

STOP Hejt! Przemyśl swoją opinię

Regulamin dodawania opinii

zamknij

Portal trojmiasto.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść opinii.

Relacje LIVE

zobacz wszystkie relacje »

Najczęściej czytane