Wiadomości

stat

Nie żyje Elżbieta Duńska-Krzesińska

artykuł historyczny
fot. sopot.pl

Nie żyje Elżbieta Duńska-Krzesińska. Mistrzyni (1956) i wicemistrzyni olimpijska (1960) w skoku w dal. Zmarła w wieku 81 lat. Przez kibiców była nazywana "Złotą Elą", "Mistrzynią z warkoczem" bądź "Blond-fighter". Największe sukcesy odnosiła jako lekkoatletka Spójni Gdańsk. Jednak nad morze trafiła nie po to, by stać się sportowym herosem, a ukończyć studia... stomatologiczne. To w tym zawodzie pracowała po zejściu ze skoczni.



Gdyby startowała we współczesnych czasach, z pewnością stałaby się jedną z najbardziej popularnych sportsmenek na świecie, a zapewne i tabloidów. Nie tylko była bowiem doskonałą lekkoatletką, ale wokół wielu jej startów powstawały legendy, a ponadto potrafiła z dystansem i humorem opowiadać o swoich dokonaniach. Miałem okazję przekonać się o tym latem 2003 roku, gdy "Złota Ela" odsłaniała swoją gwiazdę w Alei Gwiazd Sportu we Władysławowie. Wówczas udzieliła mi wywiadu, który został opublikowany 8 sierpnia w "Głosie Wybrzeża".

PRZECZYTAJ WIĘCEJ O UROCZYSTOŚCI NA ALEI GWIAZD SPORTU W 2003 ROKU

- Złoto zdobyłam dla tych, którzy we mnie wierzyli. Czułam, że ten medal potrzebny jest narodowi - tak mówiła o swoim największym osiągnięciu. 27 października 1956 roku w Melbourne zdobyła złoty medal igrzysk olimpijskim w konkursie skoku w dal, uzyskując odległość 6,35 m. Był to wynik równy jej rekordowi świata, który ustanowiła nieco wcześniej w Budapeszcie.
Potem było entuzjastyczne powitanie na dworcu kolejowym w Gdańsku. Tak relacjonował je redaktor Jerzy Gebert ("Poczet olimpijczyków Ziemi Gdańskiej"):

"Już z wagonu wyniesiono Elę na rękach i poprzez peron, tunel i halę dworcową popłynęła nad głowami setek a może tysięcy wiwatujących gdańszczan. Ktoś próbował przemawiać, ktoś wręczył klucze od nowego mieszkania, ale to wszystko tonęło w śpiewanym ciągle od nowa: "Sto lat"!(...)Tonąca w kwiatach bohaterka ledwie wcisnęła się do środka i już wielokrotnie, tym razem w samochodzie zaczęła wędrować do góry na ramionach rozentuzjazmowanego tłumu"
Urodziła się 11 listopada 1934 w Młocinach. Do Gdańska trafiła jako 18-latka, by podjąć studia medyczne. Do 1963 roku związana była z sekcją lekkoatletyczną Spójnia Gdańsk, protoplastką obecnego SKLA Sopot.

- Moich olimpijskich doświadczeń nie byłoby, gdyby nie... czekolada. To dla tej nagrody przyszłam na pierwszy lekkoatletyczny trening. Przed Melbourne koledzy z gdańskiej Spójni obiecali mi, że jak wrócę ze złotem, to dostanę 10 kilogramów czekolady. Do dzisiaj nie otrzymałam ani tabliczki - wspominała w 2003 roku.
Poza złotem w Melbourne z igrzysk przywiozła jeszcze srebro w 1960 roku. Dwukrotnie stawała również na podium mistrzostw Europy (srebro 1962, brąz 1954). Tych medali z pewnością byłoby więcej, ale wówczas najważniejsze imprezy odbywały się w cyklu 4-letnim, a ponadto nie rozgrywano w lekkoatletyce mistrzostw świata. Raz natomiast w zdobyciu kruszcu przeszkodził... warkocz.

- Od dziecka miałam długie włosy i jakieś warkoczyki. Na komunijnym zdjęciu miałam loki aż do pasa. Później warkocz biegł przez całe plecy. Chyba z pół metra miał - opowiadała mi we Władysławowie.
W 1952 roku "Dziewczyna z warkoczem" na igrzyskach olimpijskich zajęła dopiero 11. miejsce. Medalu nie było, gdyż po dalekim skoku sędziowie zmierzyli ostatecznie ślad, który zostawił na piasku... warkocz.

- Skakałam techniką naturalną. Byłam gibka i przy lądowaniu mocno odchylałam się do tyłu. I ten warkocz pociągnął po piasku. Sędziowie w pierwszej chwili podali, że skoczyłam 592 czy 596 centymetrów, już nie pamiętam dokładnie. Tym samym spychałam Gyarmatt na 4. miejsce. Węgrzy wnieśli protest. Rywalka podbiegła do mnie i coś mówiła po niemiecku. Nie słuchałam jej, gdyż nienawidziłam tego języka. Dlatego nie widziałam, o co się rozchodzi. Konkurs został na krótko przerwany. A później mój wynik skorygowano na 562. Nie było wcześniej takiego przypadku na igrzyskach. Zawsze mierzono do ostatniego śladu pozostawionego przez ciało - przypominała "Złota Ela".
Po tym wydarzeniu warkocz przestał być jej prywatną sprawą. Rozgorzała dyskusja, co zrobić z fryzurą lekkoatletki?

- Kraj podzielił się na dwa obozy. Jedni krzyczeli: "Duńska, obetnij warkocz, bo my nie chcemy tracić cennych centymetrów. Drudzy zgoła odmiennie: "Duńska, nie wolno ci obcinać warkocza, gdyż jest on własnością narodową" - słyszałam. Stanęło na tym, że skróciłam warkocz, a podczas zawodów chowałam go z koszulkę - podkreślała.
Duńska-Krzesińska wcale nie chciała być lekkoatletką. Gdyby jej pozostawiono wybór, jaką konkurencje wybrać, zdecydowałaby się zapewne na dyscyplinę zimową.

- Mieszkałam wówczas w Elblągu. W hokeja grałam ze swoimi braćmi. Wielokrotnie rozgrywaliśmy mecze rodzina Duńskich kontra inne drużyny.(...) tak naprawdę to chciałam trenować łyżwiarstwo szybkie. (...) Na lodzie byłam piekielnie szybka, a ponadto kochałam to robić - wspominała po odsłonięciu swojego emblematu na Alei Gwiazd Sportu.
Skakać w dal zdecydowała się, by uniknąć oceny niedostatecznej z... wychowania fizycznego. Taka cenzurka groziła jej, bo nie chciała chodzić na lekcje z tego przedmiotu.

- Wstydziłam się... rozebrać. Byłam płaska jak deska, a moje koleżanki miały w wiadomym miejscu "przedsięwzięcia" (...), a ponadto te obciągnięte skórą, wystające kolana - tak opisywała kompleksy ówczesnej nastolatki.
Jedna z legend głosiła, że późniejsza mistrzyni pierwszy skok oddała w szkolnym fartuchu. Mi tak opowiadała o tym wydarzeniu, a potem i debiutanckich zawodach.

- Zaprowadzono mnie na elbląski basen, który zimą był lodowiskiem. Tam był jakiś piach i dół. Trudno było mówić, że w ogóle rozmierzono jakiś rozbieg i belkę. Skoczyłam tak jak mi kazano. Widocznie pan Truszczyński coś we mnie zobaczył, gdyż wziął mnie na zawody gimnazjalne. (...)Nie myślałam o wynikach, ale o tych nieszczęsnych, wystających kolanach. Dlatego ubrałam takie slipki radzieckie, kryjące kolana. (...)Gazety podchwyciły, że znalazł się wielki talent, ale ja nie chciałam do lekkoatletyki.(...)Skakałam na bosaka. (...)A kolców się po prostu bałam. Miałam wrażenie, że jeśli mocno uderzę w belkę, to wejdą mi w stopę, a buta już nie oderwę od deski - opowiadała z humorem "Złota Ela".
Mimo że zdobywała medale, nie była ulubienicą ówczesnych władz sportowych i państwowych. Spotykały ją nawet szykany. Olimpijskie złoto zdobywała, choć na igrzyska nie pozwolono jechać jej trenerowi, a późniejszemu mężowi - Andrzejowi Krzesińskiemu. Nie przejmowała się, gdy przyklejano jej łatki "bumelantka" czy "typ aspołeczny". Kilka razy zdarzało się, że karnie była odsyłana z zawodów. Czym się narażała?

- Moją dewizą życiową było zawsze mówić prawdę. Kłamać nie potrafiłam. Zawsze mówiłam, to co pomyślałam.(...) Nie potrafiono z nami rozmawiać, nie traktowano zawodników jak ludzi, a tylko jako maszyny do robienia wyników. Domagając się nowych sukcesów, nie brano pod uwagę, że sportowiec przed startem mógł nie spać, czy mieć kłopoty z dziećmi, albo był zakochany i na przykład pokłócił się ze swoją sympatią - podkreślała.
M.in. z tego powodu po zakończeniu kariery sportowej wolała pracować jako stomatolog niż trener. Natomiast uznanym szkoleniowcem tyczkarzy był jej mąż. Przez 20 lat mieszkali m.in. w USA, gdzie Krzesiński był trenerem. W 2000 roku wrócili do Polski i osiedli na stałe w Warszawie.

- Mąż też mi powtarzał, że mam dobre podejście do zawodników. Jednak nie potrafiłam wznieść się ponad nich, zawsze byłam dla nich koleżanką z bieżni. Ponadto sama wiedziałam, ile wysiłku wymaga profesjonalne zajmowanie się sportem, z ilu przyjemności należy zrezygnować, na jakie wyrzeczenia się zdobyć. Ja na przykład, choć skończyłam średnią szkołę muzyczną, musiałam to rzucić(...) nie mogłam, nie potrafiłam tego wymagać od podopiecznych - mówiła Elżbieta Duńska-Krzesińska latem 2003 roku we Władysławowie.
Cześć Jej pamięci.

Opinie (14) 7 zablokowanych

Dodaj opinię

Dodaj opinię

Odpowiedz

STOP Hejt! Przemyśl swoją opinię

Regulamin dodawania opinii

zamknij

Portal trojmiasto.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść opinii.

Relacje LIVE

zobacz wszystkie relacje »

Najczęściej czytane